Rozdział: Fu Czau




Yüklə 123.32 Kb.
tarix25.04.2016
ölçüsü123.32 Kb.
Autor: Alfred Szklarski

Tytuł: Tajemnicza wyprawa Tomka



Rozdział: Fu Czau

s. 99-100

Wilmowski ostrożnie wychylił głowę z namiotu i rozejrzał się wokoło. Była jeszcze głucha noc. Nuczi, ćmiąc krótką fajeczkę, czuwał przy żarze ogniska. Obok niego spoczywało na ziemi kilka czarnych psów. W bladym świetle księżyca rysowały się kontury namiotów i wozów. W obozowisku panowała cisza, tylko od strony klatek z tygrysami płynęły urywane, tęskne pomruki, które stapiały się z poszumem wód toczonych przez szeroki Amur.

Lekka mgła słała się po ziemi.

Wilmowski czujnie nasłuchiwał przez dłuższą chwilę; cofnął się w głąb namiotu. Zamyślonym wzrokiem ogarnął swych towarzyszy. Bosman spał już w najlepsze, wygodnie rozciągnięty na polowym łóżku. Jego szeroka, wypukła pierś unosiła się w rytmicznym, spokojnym oddechu; pochrapywał. Tomek chyba także usnął; leżał bez ruchu odwrócony twarzą do ściany. Natomiast Smuga w dalszym ciągu starannie pakował juki. Właśnie odgarnął dłonią kosmyk włosów opadający mu na czoło i przysiadł na związanym worze.

Z kieszeni skórzanej bluzy wydobył tytoń. Pykając fajeczkę obserwował zafrasowanego Wilmowskiego. Po jakimś czasie odezwał się cicho:

– Andrzeju, mógłbyś jeszcze przespać się przed świtem.

Wilmowski ciężko westchnął i odparł:

– Nie jestem senny, myśli najrozmaitsze kłębią mi się w głowie... Przecież jeśli ów Chińczyk nie zawiedzie, już dzisiaj wyruszycie w drogę... Ciężko mi będzie samemu w niepewności czekać na was!

– Tych kilkanaście dni prędko zleci. Andrzeju! Przyrzekam czuwać nad bezpieczeństwem Tomka...

– Och, przecież nie tylko o niego chodzi! Tomek i ja spłacamy dług Karskim, lecz wy dwaj...?

– Uspokój się, przyjacielu! Bosman dla przeżycia przygody poszedłby nawet do piekła! I tak nie umrze naturalną śmiercią! Tomek zaś, sam wiesz to zresztą najlepiej, jest jego bratnią duszą. Obecnie denerwuję się tylko ze względu na twoje bezpieczeństwo.

– Trzymaj ostro ich obydwóch, Janie – poprosił Wilmowski, spoglądając na pogrążonego we śnie syna. – Sam również nie ryzykuj zbytnio! Nigdy bym sobie nie darował, gdyby jednemu z was przytrafiło się coś złego!

– W gorszych już bywałem opałach – odpowiedział Smuga. – Jeśli chodzi o mnie, wyruszyłem na tę wyprawę przede wszystkim przez pamięć dla mego przyrodniego brata. Wiesz przecież, jak bardzo chciał nieść pomoc zesłańcom...


Autor: Alfred Szklarski

Tytuł: Tajemnicza wyprawa Tomka

Rozdział: Śnieżna pantera

s. 107-108

Przez jakiś czas Fu Czau szeptem rozmawiał z ojcem. Ten potrząsał głową, co chwila zerkał na śpiących gości. W końcu Fu Czau zdjął z kołka na ścianie starą, powiązaną drutem strzelbę, nabił ją starannie i usiadł na progu w otwartych drzwiach fanzy. Ojciec zdmuchnął świece w latarniach, przykucnął za plecami syna.

Smuga odwrócił się na drugi bok.

Kwik koni przerwał łowcom zasłużony odpoczynek. Jak na komendę zerwali się z posłań. Jednym spojrzeniem upewnili się, czy nikt nie ruszał ich broni. Karabiny stały rzędem oparte o ścianę. Wylegli przed fanzę. Fu Czau właśnie pętał konie i puszczał je na łąkę. Jego ojciec, w słomianym stożkowym kapeluszu na głowie, wyganiał z ogródka warzywnego dwa warchlaki.

Łowcy przystanęli przed zagrodą. Starzec powitał ich pokłonem, a następnie rzekł:

– Syn mówił mi, że czcigodni goście zamierzają schwytać irbisa. Pewno na wyżynach zapowiada się ostra zima, bo jedna pantera zawędrowała już aż tutaj. Niedawno porwała mi najlepszą świnię.

– Czy wiesz może, gdzie urządziła sobie legowisko? – zapytał Smuga.

– Wytropiłem ją kilka dni temu – odparł Chińczyk. – To przebiegła sztuka! Zazwyczaj czatuje nad strumieniem przy wodopoju.

– Wobec tego prosimy cię, dostojny panie, abyś jeszcze dzisiaj wskazał nam to miejsce – wtrącił Tomek.

– Czy naprawdę obiecaliście za to mojemu synowi karabin? – niedowierzająco spytał Chińczyk.

Smuga jakby nie dosłyszał pytania i znów zagadnął:

– Podobno chunchuzi odwiedzają was dość często? Twój syn mówił nam, że przeżyliście przez nich bardzo ciężkie chwile, czy to prawda?

Starzec wyszedł z zagrody. Ręką dał znak, aby goście poszli za nim. Kilkadziesiąt kroków za fanzą ujrzeli niezbyt wysoki płotek upleciony z gałęzi. Okalał on siedem mogił usypanych w jednym rzędzie. Groby były bardzo starannie utrzymane, pokryte kwieciem.

– To moja szlachetna małżonka i dzieci – powiedział starzec, oddając głęboki pokłon każdej mogile. – Chunchuzi odebrali mi ich wraz z całym dobytkiem.

– Słuchaj, poczciwy człowieku, jeśli kiedykolwiek spotkamy chunchuzów, będziemy o tym pamiętali – powiedział bosman, groźnie marszcząc brwi. – A o ten karabin, przyobiecany twemu chłopakowi, nie kłopocz się więcej! Dostanie go jak amen w pacierzu!

Starzec pokłonił się bosmanowi.

– Czcigodny panie, taka broń drogo kosztuje. Mój dobry syn odłożył już trochę pieniędzy, mówił mi, że wam je odda!

Wsunął się za ogrodzenie. Spod darniny na środkowej mogile wydobył blaszaną puszkę od herbaty, po czym wręczył ją bosmanowi. Marynarz zakłopotany zajrzał do jej wnętrza. Trochę wzruszony spoglądał na garść srebrnych monet. W końcu zanurzył dłoń w kieszeni, wyjął złotą pięciorublówkę, wrzucił ją do “skarbonki” i zamknął wieko.

– Schowaj to na czarną godzinę – mruknął, wciskając puszkę do rąk Chińczyka. – Chodźmy do fanzy, zaraz damy ci ten karabin.

Starzec jeszcze raz pokłonił się marynarzowi do kolan, ten zaś, nie chcąc być mniej uprzejmy, uczynił to samo, naraz jednak stuknęli się głowami jak dwa kozły. Zasmucony Tomek zaraz poweselał. Ujął przyjaciół pod ręce i ochoczo poprowadził ich ku fanzie.

Radość obydwóch Chińczyków nie miała granic. Smuga bowiem wręczył im nowy karabin, a bosman dodał do niego własną lunetkę do zakładania na lufę. Tomek dołożył paczkę nabojów. Udadżalaka zaś ofiarował im swój kukri1, czyli krótki zakrzywiony nóż o szerokim ostrzu.

Po śniadaniu łowcy razem z gospodarzami udali się na poszukiwanie tropów śnieżnej pantery.

Autor: Zbigniew Nienacki

Tytuł: Księga strachów

Rozdział trzeci

s. 27-30.


Zdążyłem rozpakować swoje rzeczy, gdy przed otwartymi drzwiami mego domku pojawił się pies. Brązowy, krótkowłosy jamnik.

Cóż to było za śmieszne stworzenie! Nigdy w życiu nie widziałem tak długiego psa. Miał chyba z pół metra długości i nóżki tak krzywe i króciutkie, że brzuchem niemal szorował po ziemi. A do tego jeszcze łeb z niezwykle wydłużonym pyskiem, ogromne uszy sięgające ziemi, długi ogon jak u szczura. Wydawało się, że ten pies nie chodzi, ale pełza, że jest to duża liszka albo zgoła ogromna kijanka. Brązowe ślepia psa patrzyły na świat z ogromną ciekawością, czarny wilgotny nos ciągle coś węszył w powietrzu.

Jamnik nadszedł od strony plaży, na chwilę zatrzymał się przed drzwiami mego domku i obrzucił mnie bacznym spojrzeniem. Potem skierował się do okrytego brezentem wehikułu, obwąchał jego koła, a następnie podniósłszy tylną nóżkę, zasalutował, obsikując oponę.

Wtedy wydało .mi się, że przez trawnik od strony plaży zbliża się ku nam ogieniek... Takie porównanie przyszło mi do głowy, choć widziałem, że to po prostu nadbiega trzynastoletnia dziewczynka w jaskrawoczerwonym kostiumie kąpielowym. Barwa jej kostiumu, a także rude, rozwichrzone włosy, biała twarz obsypana mnóstwem piegów, to wszystko właśnie sprawiało z daleka wrażenie, że zbliża się ruchliwy ogieniek.

- Sebastian! Sebastian! - wołała dziewczynka do psa. - Dlaczego mnie nigdy nie słuchasz? Pies parę razy kiwnął przyjaźnie ogonem, potem ziewnął, szeroko otwierając pysk i wysuwając długi czerwony język. Dziewczynka przystanęła obok wehikułu, uniosła nieco brezent i natychmiast go opuściła, udając przerażenie.

- Czy to jest latający talerz, proszę pana? - zwróciła się do mnie.

Wskazałem na Sebastiana i zapytałem:

- Czy to jest na pewno pies? Czy on szczeka?

Dziewczynka wzruszyła ramionami.

- Pewnie, że to pies.

- Wcale na to nie wygląda- stwierdziłem.

- Widziałam z plaży, jak pan tu przyjechał, i pomyślałam: „Marsjanin". Pan sam zbudował ten samochód czy też ktoś panu pomógł?

Zapytałem:

- Czy to prawda, że jamników nie kupuje się na sztuki, ale na metry?

Tupnęła bosą nogą.

- Pan, zdaje się, nie ma poczucia humoru. Pożartować z panem nie można.

- Bardzo nie lubię, gdy ktoś śmieje się z mojego samochodu.

. - A ja nie lubię, gdy ktoś drwi z Sebastiana.

. Wyciągnąłem do niej rękę.

- W takim razie umówmy się. Ja nie będę śmiał się z twojego psa, a ty z mojego samochodu.

Zgoda?

- Zgoda - uścisnęła moją dłoń. - Na imię mam Katarzyna. Może pan mówić do mnie: Kasia.



- A ja mam na imię Tomasz - przedstawiłem się.

Sebastian znowu parę razy kiwnął ogonem, jak gdyby nasza zgoda bardzo przypadła mu do gustu. Wyraziwszy swój pogląd na tę sprawę, pomaszerował do sąsiedniego domku (ostatniego w długim ich szeregi) i ułożył się na słomiance przed drzwiami.

- Jesteśmy sąsiadami - powiedziała Kasia. - A za drugiego sąsiada będzie pan miał bardzo miłego starszego pana. Tak się bałam, że ten domek zajmie rodzina z małym dzieckiem, które będzie płakało od świtu do nocy. Sebastian strasznie nie lubi małych dzieci.

I w ogóle nie znosi hałasu.

- Sebastian nie jest hałaśliwy?

- On? - zdumiała się. - To bardzo dziwny pies[…].


Autor: J. R. R. Tolkien

Tytuł: Hobbit, czyli tam i z powrotem

Rozdział trzeci

s. 6-8


Dziwnym trafem pewnego ranka, dawno, dawno temu, w czas dla świata spokojny, gdy mniej na nim było zgiełku, a więcej zieleni, gdy hobbici żyli licz­ni i szczęśliwi, a Bilbo Baggins zjadłszy śniadanie stał pod swymi drzwiami i ćmił olbrzymią, długą, drewnianą fajkę, sięgającą mu prawie do kosmatych palców u nóg (porządnie wyszczotkowanych) — przechodził tamtędy Gandalf. Gandalf! Gdybyście o nim słyszeli bodaj ćwierć tego, co ja — a ja słyszałem ledwie małą cząstkę tego, co o nim mówią — już byście wiedzieli, że czeka was na pewno niezwykła historia. Gdziekolwiek bowiem zjawił się Gandalf, opowieści i przygo­dy jakby cudem wyrastały dokoła niego. Nie przechodził drogą pod Pagórkiem od bardzo dawna, a mianowicie od śmierci swego przyjaciela, Starego Tuka, to­też hobbici niemal zapomnieli, jak wygląda. Małe hobbity i hobbitki zdążyły podo­rastać przez czas, gdy Gandalf bawił w sobie wiadomych sprawach daleko za Pa­górkiem i po drugiej stronie Wody. Nic więc nie podejrzewał Bilbo, gdy owego ranka zobaczył małego staruszka w wysokim, spiczastym, niebieskim kapeluszu, w długim szarym płaszczu prze­pasanym srebrną szarfą, z długą siwą brodą sięgającą poniżej pasa, obutego w ogromne czarne buty.

— Dzień dobry — powiedział Bilbo i powiedział to z całym przekonaniem, bo słońce świeciło, a trawa zieleniła się pięknie. Gandalf jednak spojrzał na niego spod bujnych, krzaczastych brwi, które sterczały aż poza szerokie rondo kapelu­sza.

— Co chcesz przez to powiedzieć? — spytał. — Czy życzysz mi dobrego dnia, czy oznajmiasz, że dzień jest dobry, niezależnie od tego, co ja o nim myślę; czy sam dobrze się tego ranka czujesz, czy może uważasz, że dzisiaj należy być do­brym?

— Wszystko naraz — rzekł Bilbo. — A na dodatek, że w taki piękny dzień do­brze jest wypalić fajkę na świeżym powietrzu. Jeżeli masz przy sobie fajkę, siądź przy mnie, poczęstuję cię moim tytoniem. Nie ma co się śpieszyć, cały dzień przed nami. — To rzekłszy Bilbo siadł na ławce obok swych drzwi, założył nogę na nogę i dmuchnął pięknym, siwym kółkiem dymu, które nie tracąc kształtu po­żeglowało w powietrzu aż nad szczyt Pagórka.

— Bardzo ładnie — powiedział Gandalf. — Ale nie mam dziś czasu na pusz­czanie kółek z dymu. Szukam kogoś, kto by zechciał wziąć udział w przygodzie, to znaczy w wyprawie, którą właśnie przygotowuję; bardzo trudno kogoś takie­go znaleźć.

— Ja myślę, że trudno! W naszych stronach! My tu jesteśmy naród prosty i spokojny, nie potrzeba nam przygód. Przygody! To znaczy: nieprzyjemności, zburzony spokój, brak wygód. Przez takie rzeczy można się spóźnić na obiad. Nie pojmuję, co się w tym komuś może podobać — rzekł nasz pan Baggins, zatknął wielki palec lewej ręki za wycięcie kamizelki pod pachą i wypuścił drugi z kolei, jeszcze większy pierścionek dymu. Potem sięgnął po ranną pocztę i zaczął czytać listy, udając, że nie zwraca wcale uwagi na staruszka. Doszedł do wniosku, że nie jest to odpowiednie dla niego towarzystwo, i chciał się go co prędzej pozbyć. Ale Gandalf nie ruszył się z miejsca. Stał oparty na lasce i nic nie mówiąc przyglądał się hobbitowi, aż w końcu Bilbo zmieszał się, a nawet trochę rozgniewał.

— Dzień dobry — powiedział wreszcie. — Nie życzymy sobie tutaj żadnych przygód, dziękujemy pięknie. Spróbuj za Pagórkiem albo po drugiej stronie Wody. Miało to znaczyć, że uważa rozmowę za skończoną.

Autor: J. R. R. Tolkien

Tytuł: Hobbit, czyli tam i z powrotem

Rozdział: Z patelni w ogień

s. 75-76


Bilbo umknął wprawdzie goblinom, ale nie miał pojęcia, gdzie jest. Stra­cił kaptur, płaszcz, prowianty, kuca, guziki i kompanię. Szedł naprzód, na­przód, póki słońce nie zaczęło chylić się ku zachodowi — za góry. Cień gór padał teraz w poprzek ścieżki hobbita. Bilbo obejrzał się wstecz, potem znów spojrzał przed siebie, lecz tu zobaczył tylko grzbiety i stoki wzgórz opadające na równiny i niziny, które niekiedy przebłyskiwały między drzewami.

— Wielkie nieba! — krzyknął. — Zdaje się, że wyszedłem po drugiej stronie Gór Mglistych, prosto na Skraj Ziemi za Górami. Gdzież, ach gdzież podział się Gandalf? Gdzie mogą być krasnoludy? Mam nadzieję, że nie zostały tam, w nie­woli u goblinów! Znów wędrował naprzód, wyszedł z wysoko położonej dolinki przez zamykają­cy ją grzbiet i skłonem zbiegł w dół. Lecz w jego głowie obudziła się pewna myśl, która nękała go bezustannie: czy nie powinien by teraz, skoro ma czarodziejski pierścień, wrócić do tamtych okropnych, okropnych lochów i poszukać przyjaciół? Doszedł wreszcie do wniosku, że to jest jego obowiązkiem i postanowił — chociaż bardzo zrozpaczony — zawrócić; lecz w tej samej chwili usłyszał jakieś głosy. Przystanął nadstawiając uszy. Głosy nie przypominały skrzeczenia goblinów, zaczął się więc skradać bliżej, bardzo ostrożnie. Znajdował się na kamiennej ścieżce zygzakiem biegnącej w dół; po lewej ręce miał skalną ścianę, a po prawej stok górski; tuż poniżej ścieżki, w rozpadlinach rosły gęsto niskie drzewa i krzaki. Właśnie w jednej z tych kotlinek pośród zarośli toczyła się żywa rozmowa. Bilbo podpełznął jeszcze bliżej i niespodzianie ujrzał sterczącą między głazami głowę w czerwonym kapturze: to Balin pełnił wartę. Hobbit miał ochotę klasnąć w ręce i krzyknąć z radości, lecz nie zrobił tego. Nie zdjął dotychczas z palca pier­ścienia z obawy przed jakimś nieoczekiwanym i niepożądanym spotkaniem, teraz więc stwierdził, że Balin, patrząc wprost na niego, wcale go nie widzi. „Sprawię im niespodziankę” — pomyślał czołgając się pośród krzewów, brze­giem kotlinki. Gandalf o coś się spierał z krasnoludami. Omawiali wszystko, co im się przytrafiło w lochach, a także zastanawiali się i naradzali, co teraz należy zro­bić. Krasnoludy szemrały, gdy Gandalf tłumaczył, że nie wolno im wędrować da­lej, zostawiając pana Bagginsa w łapach goblinów, nie usiłując nawet sprawdzić, czy hobbit żyje, czy zginął, i nie podejmując jakiejś próby ratunku.

— Bądź co bądź, to mój przyjaciel — mówił czarodziej — i dość poczciwy ma­lec. Czuję się za niego odpowiedzialny. Nie mogę odżałować, żeście go zgubili.

Krasnoludy bardzo chciały wiedzieć, po co w ogóle tego hobbita wzięto na wy­prawę, dlaczego nie trzymał się kompanii i nie wyszedł z tunelu razem z nimi, wreszcie czemu Gandalf nie wybrał kogoś rozsądniejszego.

— Więcej z nim mieliśmy kłopotu niż pożytku — powiedział któryś. — Jeśliby­śmy teraz mieli wracać do tych obrzydliwych lochów po niego, to niech go kacz­ki zdepcą.

Gandalf odparł z gniewem:

— Ja go wam przyprowadziłem, a ja nie ofiarowuję bezużytecznych darów. Albo pomożecie mi go odszukać, albo idę bez was, radźcie sobie sami w tych ta­rapatach. Jeżeli odnajdziemy hobbita, przekonacie się, że mi jeszcze za to podzię­kujecie, nim skończy się nasza przygoda. Ale jakże ty mogłeś, Dori, zgubić Bil­ba?

— Ty byś go też zgubił — rzekł Dori — gdyby w ciemnościach znienacka goblin schwycił cię za łydkę, pdociął ci nogi i zwalił na plecy.

— Czemuś go przynajmniej potem nie podniósł i nie zabrał z sobą?

— Wielkie nieba! Jak możesz pytać o takie rzeczy? Przecież gobliny biły i gryzły w mroku, wszyscy się przewracali jeden przez drugiego, grzmocili nawzajem po ciemku! Tyś mi o mały włos głowy nie obciął swoim Glamdringiem, a Thorin wy­wijał Orkristem na wszystkie strony. Nagle oślepiłeś nas po swojemu jakimiś fa­jerwerkami i zobaczyliśmy, że gobliny cofają się wyjąc wniebogłosy. Krzyknąłeś: „Za mną”, to znaczy że każdy miał iść za tobą. Myśleliśmy, że wszyscy idą. Nie było czasu, żeby się przeliczyć, dobrze o tym wiesz, póki nie wypadliśmy, przebi­jając się przez straże, za dolne wrota i potem na łeb, na szyję, aż do tego miej­sca. No i siedzimy tutaj, a włamywacza — niech go licho! — nie ma.

— A właśnie że jest! — zawołał Bilbo stając między nimi i zsuwając pierścień z palca.

Autor: J.K Rowling

Tytuł: HARRY POTTER I KAMIEŃ FILOZOFICZNY
s. 154
Tego popołudnia, o trzeciej trzydzieści, Harry, Ron i inni Gryfoni zebrali się na wielkim trawniku przed zamkiem, aby odbyć pierwszą lekcję latania. Był słoneczny dzień, lekki wietrzyk mierzwił trawę pod ich stopami, kiedy schodzili łagodnym zboczem ku gładkiej, płaskiej łące, za którą majaczyła ciemna linia Zakazanego Lasu.

Ślizgoni już tam byli, a na ziemi leżało w równym rzędzie dwadzieścia mioteł. Harry słyszał, jak Fred i George Weasleyowie wybrzydzają na szkolne miotły, twierdząc, że niektóre z nich wpadają w wibracje, jeśli poleci się za wysoko, albo ściągają w lewo.

Pojawiła się ich nauczycielka, pani Hooch. Miała krótkie szare włosy i żółte oczy jastrzębia.

- Na co czekacie? – przywitała ich opryskliwie.- Niech każdy stanie przy miotle. No, dalej, nie ociągać się!

Harry zerknął w dół na swoją miotłę. Wyglądała na starą; niektóre witki sterczały pod dziwnymi kątami.

- Wyciągnąć prawą rękę nad miotłą – zawołała pani Hooch – i powiedzieć „Do mnie”!

- DO MNIE! – wrzasnęli wszyscy.

Miotła Harry,ego natychmiast podskoczyła do jego ręki, ale był jednym z niewielu, którym się to udało. Miotła Hermiony Granger potoczyła się po trawie, a miotła Neville,a ani nie drgnęła. Harry pomyślał, że może miotły, tak jak konie, wyczuwają, kiedy ktoś się boi; w głosie Neville,a wyczuwało się lekkie drżenie, po którym można było wyraźnie poznać, że wolałby nie odrywać stóp od ziemi.

Pani Hooch pokazała im, jak dosiąść miotły, żeby się z niej nie ześliznąć, a następnie przeszła wzdłuż szeregów, poprawiając pozycje i chwyty. Harry i Ron ucieszyli się, kiedy powiedziała Malfoyowi, że źle to robi.

- Uwaga! Kiedy usłyszycie gwizdek, odepchnijcie się mocno nogami od ziemi! Utrzymujcie miotły w równowadze, wznieście się na kilka stóp i lądujcie, wychylając się lekko do przodu. Na mój gwizdek… trzy… dwa…

Neville, zbyt przerażony perspektywą oderwania się od ziemi, poszybował w powietrze, zanim pani Hooch przytknęła gwizdek do warg.

- Wracaj! – krzyknęła, ale Neville leciał prosto w górę jak korek wystrzelony z butelki… dwanaście stóp…dwadzieścia stóp. Harry zobaczył jego białą twarz, przerażone spojrzenie wbite w uciekającą ziemię, otwarte usta, przechylenie tułowia w jedna stronę, w drugą stronę, i … ŁUP ! Rozległo się głuche, nieprzyjemne łupnięcie i Nwville leżał już w trawie jak worek kartofli. Jego miotła nadal wznosiła się w górę, potem skręciła leniwie ku Zakazanemu Lasowi i znikła im z oczu.

Autor: Pierdomenico Baccalario

Tytuł: ULYSSES MOORE. ANTYKWARIAT ZE STARYMI MAPAMI


s. 39
Tymczasem w Willi Argo Nestorowi udało się nakłonić Julię, by usiadła na tapczanie w kamiennym pokoju. Wciąż była zaszokowana tym, co się stało. Wszystko potoczyło się tak szybko, że nawet nie zdążyła się zorientować, że tylko jej udało się przekroczyć ponownie Wrota Czasu.

Dlaczego uciekła? Tam, gdzie byli, nastąpiło coś w rodzaju…

- Wybuchu, powiadasz ? – dopytywał się Nestor cierpliwie.

Julia objęła głowę rękami.

- Tak… Były schody… te schody dochodziły do muru… Mur był prowizoryczny, jak powiedział Jason. Wydawało nam się, że ktoś jest za tym murem… ktoś, kto chyba do nas stukał. Jason odpowiedział na to stukanie… potem był jakiś huk… a chwilę potem chmura pyłu. Jason krzyczał, żebym uciekała, więc ja uciekłam. Dobiegłam do drzwi, otworzyłam je i… znalazłam się tutaj. Po drugiej stronie.

Dopiero teraz Julia zorientowała się, że ma w kieszeni cztery klucze, którymi otworzyli Wrota Czasu. Lekko drżącymi rękami położyła je na stoliku przed sobą. – Dziwne – mruczał ogrodnik, krążąc nerwowo po pokoju. – Chwileczkę- przerwała mu Julia, odrywając wzrok od czterech kluczy – Co jest dziwne?. Nestor zrobił gest, jakby chciał zbagatelizować wypowiedziane wcześniej słowa. – To, co ci się przytrafiło. Julia skoczyła na równe nogi, ogarnięta nagłym przeczuciem. – Ty coś wiesz! Ty wiesz, co jest za tymi drzwiami! Nestor uniósł brwi i nieudolnie próbował zmienić temat: - Chcesz herbaty?

– Nie! Chcę, żebyś mi powiedział: co jest dziwne? Czy wiesz, jak działają te drzwi? Czy naprawdę byliśmy w Egipcie, jak sądził Jason? I czemu ja tu wróciłam? – Pójdę zaparzyć herbatę. Jestem pewien, że ci dobrze zrobi- oznajmił Nestor, odchodząc czym prędzej.

– Dokąd idziesz? Nestor! Nestor! Nie chcę żadnej herbaty! Chcę, żebyś mi wyjaśnił! – Julia podeszła do Wrót Czasu i usiłowała je otworzyć… na próżno. – To daremne - od progu kuchni krzyknął Nestor. – Nie otworzą się.

Julia poczuła, jak narasta w niej nieopisany gniew. Wróciła do stolika, ze złością chwyciła cztery klucze i – pamiętając o właściwej kolejności- włożyła je do zamków. APRI ( *otwórz ). Najpierw Aligator, potem Dzięcioł, potem Żaba i na końcu Jeżozwierz. – To daremne! – powtórzył Nestor z kuchni. – nie otworzą się! – Ty tak twierdzisz… - wyburczała Julia, zaciskając zęby.

Przekręciła klucze, szarpnęła z klamkę, ale nie udało jej się ich choćby uchylić. Spróbowała jeszcze raz, ale bez skutku. Wrota Czasu były zamknięte.

Autor: Grzegorz Kasdepke

Tytuł: KACPER Z SZUFLADY


s. 82
Pan Wredzik.

Kacper przyszedł z podwórka z niewyraźną miną. Kręcił się wokół mnie, chrząkał, zaglądał przez ramię, aby sprawdzić, co piszę – wreszcie, poirytowany, zapytałem, o co mu chodzi. - Tato – wystękał. – Czy ja jestem tolerancyjny? - Mam nadzieję, że tak. – Masz nadzieję?!- krzyknął ze zgrozą.

Przez chwilę przemknęło mi przez głowę, że ktoś tu zwariował. – A co? - spytałem ostrożnie.

- Chciałbyś, żebym był tolerancyjny ?!- wrzasnął Kacper.

Dotknąłem jego czoła – zimne.

- Chciałbym – odparłem, nie spuszczając z niego oczu; w razie jakiejś gwałtownej reakcji byłem gotów złapać mojego synka i zawieźć do lekarza. Kacper jednak oklapł wyraźnie i nad czymś intensywnie rozmyślał. – To dobrze? – spojrzał na mnie zdziwiony. – Pan Wredzik mówi, że niedobrze.

No to jesteśmy w domu – pomyślałem. – Pan Wredzik. Czyli wiecznie skłócony ze wszystkimi staruszek. Nie bez powodu na Wredzika mówiono Wredzik – bo jak się łatwo domyślić, nie było to jego prawdziwe nazwisko.

Rozsiadłem się wygodnie w fotelu i poprosiłem, by Kacper opowiedział mi to, co ma do opowiedzenia.

- Znasz Tuana? – zaczął Kacper.

Tuan, to sympatyczny chłopak z trzeciego piętra. Jego ojciec prowadzi małą restauracyjkę na rogu Reymonta i Broniewskiego.

- Gramy razem w piłkę – powiedział Kacper. – No i? – zapytałem po chwili. – I wymieniamy się grami komputerowymi. Ciarki nie przeszły mi po plecach- bo też nie było po temu przyczyny.

– To wszystko? – chciałem wiedzieć. – Prawie – potwierdził Kacper. – Czyli co jeszcze? - Lubię go – wyznał Kacper.

Nadal nie rozumiałem. – A pan Wredzik uważa, że nie powinienem bawić się z Tuanem – powiedział Kacper. – Polacy powinni trzymać z Polakami, a Wietnamczycy z Wietnamczykami. Bo jak tak dalej pójdzie, to obcokrajowcy zabiorą Polakom mieszkania i pracę, a zamiast kościołów wszędzie będą budy z sajgonkami. A wszystko przez takich tolerancyjnych jak ja.

Odliczyłem w myślach do dziesięciu. Nie pomogło, więc odliczyłem jeszcze raz – tym razem do dwudziestu. A potem zacząłem wyjaśniać:

- Tata Tuana nie zabrał nikomu mieszkania, tylko je kupił. Pracy też nikogo nie pozbawił, przeciwnie, zatrudnił nawet panią Anię. To, że nie chodzi do tego samego kościoła, co pan Wredzik, nie znaczy, że nie wierzy w Boga, ani- tym bardziej – że jest złym człowiekiem. A tolerancja, to zaleta, nie wada. Pan Wredzik uważa, że wszyscy powinni być tacy jak on. Ale wyobrażasz sobie świat pełen Wredzików? - Błeee- wzdrygnął się Kacper. – chyba nie tolerowałbym takiego świata. – Czyli jednak jesteś trochę nietolerancyjny? - Ale tylko dla Wredzików – roześmiał się Kacper. A potem poszliśmy na sajgonki.

Autor: Rene Gościnny, Jean- Jacques Sempe

Tytuł: Nowe przygody Mikołajka, tom 2
Rozdział: U fryzjera

Str. 54
Nie lubię chodzić do fryzjera - ubrany jest na biało jak dentyści i doktorzy i ma nożyczki, brzytwy i maszynki do strzyżenia, które są zimne i mogą skaleczyć. I dlatego, że zawsze mam kawałki włosów na nosie i w oczach i nie mogę ich strząsnąć z powodu ręcznika, a do tego nie wolno mi się ruszyć, bo wtedy mogą mnie ciachnąć brzytwą. A kiedy wychodzę od fryzjera, wyglądam jak pajac: włosy przy uszach mam wygolone, a te na głowie całe posklejane.

- Mamo- powiedziałem – nie chce iść się obcinać!

- OSTRZYC – powiedziała mama. – Masz iść do fryzjera, i to zaraz, bo inaczej się pogniewam.

Widać było, że mama nie żartuje, więc wyszedłem z domu, żeby iść do fryzjera się OSTRZYC, jak mówi mama. Mama dała mi pieniądze i powiedziała, że mam poprosić, żeby mi odsłonił uszy i przystrzygł na krótko z przodu. Na ulicy spotkałem Alcesta, Rufusa, i Kleofasa, trzech kolegów ze szkoły, którzy grali w kulki.

- Gdzie idziesz? - spytał Alcest.

- Idę się ostrzyc – odpowiedziałem.

Więc Alcest, Rufus i Kleofas postanowili, że pójdą ze mną; znudziło im się grać, a zresztą Alcest i tak wygrał wszystkie kulki.

Kiedy doszliśmy do fryzjera, oba fotele były zajęte. Fryzjerzy spojrzeli na nas, otworzyli szeroko oczy i jeden z nich jęknął:

„ O, nie !”, a drugi mu odpowiedział: „ Odwagi, Marcel”.

Ponieważ trzeba było czekać, zaczęliśmy przeglądać pisma, które leżały na stoliku i w środku miały pełno włosów. Pisma były bardzo nieciekawe, więc Kleofas wyrwał jedną stronę i właśnie robił samolot, kiedy fryzjer, który miał na imię Marcel, drżącym głosem powiedział:

- No dobrze, jestem wolny, który z was jest pierwszy?

Odpowiedziałem, że ja jestem pierwszy i to nie tylko pierwszy, ale w ogóle jedyny. Pan Marcel spojrzał na moich trzech kolegów i zapytał:

- A oni?
- My przyszliśmy, żeby się pośmiać – odpowiedział Alcest.

- Tak – powiedział Kleofas. – Kiedy Mikołaj od was wychodzi, zawsze wygląda jak pajac: chcemy zobaczyć, jak wy to robicie.

Pan Marcel zrobił się cały czerwony.

- Macie natychmiast stąd wyjść! To nie jest dziedziniec szkolny! – krzyknął.

Wyszedłem tylko ja. Pan Marcel złapał mnie na chodniku.

- Nie ty- powiedział pan Marcel. – Tamci!

Ale Rufus, Kleofas i Alcest nie chcieli wyjść z zakładu.

- Jak pan nas stąd wyrzuci- oznajmił Rufus – poskarżę się mojemu tacie, który jest policjantem!

- A ja – dodał Alcest- też powiem swojemu tacie, który przyjaźni się z tatą Rufusa.

Wtedy podszedł do nas drugi fryzjer i powiedział: - Spokojnie, spokojnie. Możecie zostać, chłopcy, ale będziecie grzeczni, prawda?

- Jasne, bo co? – powiedział Kleofas.

- Widzisz, Marcel – powiedział fryzjer- trzeba tylko trochę wyczucia i wszystko pójdzie dobrze.

Pan Marcel ciężko westchnął i spojrzał na mnie smutno, próbując się uśmiechnąć.

Autor: Frances Burnett

Tytuł: Mała Księżniczka


Str. 13

Gdy Sara od kilku minut siedziała już w klasie, obserwowana przez inne uczennice, panna Minchin dystyngowanie zastukała w biurko.

- Młode damy – powiedziała- chcę was przedstawić waszej nowej towarzyszce.

Wszystkie dziewczynki podniosły się i Sara wstała również.

- Mam nadzieję, że wszystkie będziecie bardzo miłe dla panny Crewe, która właśnie przyjechała do nas z bardzo daleka – aż z Indii. Kiedy tylko skończą się lekcje, musicie się ze sobą zapoznać.

Uczennice ukłoniły się ceremonialnie, Sara dygnęła, a potem wszystkie usiadły i dalej przypatrywały się sobie.

- Saro – rzekła panna Minchin oficjalnym tonem – podejdź do mnie.

Wzięła książkę leżącą na biurku i zaczęła ją kartkować. Sara grzecznie podeszła.

- Ponieważ twój ojciec przyjął dla ciebie pokojówkę Francuzkę – zaczęła panna Minchin – domyślam się, że chce, żebyś szczególnie przykładała się do nauki francuskiego.

Sara poczuła się zbita z tropu.

- Myślę, że tatuś ją przyjął, bo uznał, że… że będę ją lubiła, panno Minchin – odparła.

- Obawiam się, że jesteś bardzo rozpieszczoną dziewczynką i zawsze wyobrażasz sobie, że inni robią coś po to, żeby sprawić ci przyjemność- odpowiedziała panna Minchin, uśmiechając się kwaśno. – Ja odnoszę wrażenie, że twój ojciec chce, abyś uczyła się francuskiego.

Gdyby Sara była starsza albo mniej dbała o to, żeby być grzeczną dla innych, wyjaśniłaby w kilku słowach o co jej chodzi. Teraz jednak poczuła, że rumieniec oblewa jej policzki. Panna Minchin była bardzo surową, imponującą osobą i wydawała się absolutnie przekonana o tym, że Sara nie rozumie ani słowa po francusku, że byłoby prawie niegrzecznie sprzeciwić się jej. Prawda była taka, że Sara nie umiałaby sobie przypomnieć czasu, kiedy nie umiała mówić po francusku. Kiedy była mała, ojciec często zwracał się do niej w tym języku.

Jej matka była Francuzką, a kapitan Crewe kochał język francuski, więc Sara zawsze słyszała go wokół siebie i przyswoiła go sobie.

- Ja… właściwie nigdy nie uczyłam się francuskiego, ale … ale… - zaczęła nieśmiało, próbując się wytłumaczyć.

Jedną z głównych ukrytych trosk panny Minchin był fakt, że sama nie znała francuskiego i pilnie ukrywała ten irytujący mankament. Nie miała więc zamiaru dyskutować na ten temat i narażać się na niewinne pytania swej nowej uczennicy.

- Dość tego - rzekła grzecznie, ale cierpko. –Jeżeli się go nie uczyłaś, musisz zacząć natychmiast. Nauczyciel francuskiego, monsieur Dufarge , będzie tu za parę minut. Weź tę książkę i przeglądaj aż do jego przyjścia.

Sara poczuła, że policzki jej płoną. Wróciła na miejsce, otworzyła książkę i z poważną miną spojrzała na pierwszą stronę. Wiedziała, że niegrzecznie będzie się uśmiechać, a bardzo nie chciała być niegrzeczna.

Autor: Agnieszka Stelmaszczyk

Tytuł: Skarb Atlantów


Rozdz. XI Mojra Roditi wkracza do akcji.
Kiedy profesor Barry Flemming zawinął do portu i zacumował przy kei, na pokład Jazona weszła ubrana w jaskrawo żółtą bluzeczkę i białe wąskie spodnie, szczupła, niemal patykowata kobieta o przesadnym makijażu i fryzurze a,la Morticia z rodzinki Addamsów. Była ona właścicielką agencji detektywistycznej „Horkios”, która miała swoją siedzibę w jednej z wąskich uliczek miasta Mandraki.

Po krótkim powitaniu profesor od razu przystąpił do rzeczy.

- Jak już panią informowałem we wcześniejszej rozmowie,, prowadzę zakrojone na szeroką skalę badania – mówił. – Włożyłem w nie mnóstwo pieniędzy i byłem już blisko rozwiązania wielkiej zagadki, kiedy ze stacji badawczej wyciekły poufne informacje. Ktoś skopiował pliki z moimi notatkami. Nie wiem kto.

- Czyli chce pan, żebym wyśledziła sprawcę? – Mojra Roditi zapytała niskim, nieco chropowatym głosem.- Jak ważne były te notatki? To może być istotne dla sprawy.

- Nie tylko o notatki tu chodzi. Problem w tym, że najwyraźniej ktoś szuka tego samego, co ja. I to jest WAŻNE – powiedział z naciskiem.- Do tej pory sądziłem, że nikt nie wpadł jeszcze na trop skarbu, którego poszukuję. Byłem przeświadczony, że tylko ja znam treść pewnego dokumentu.

- Jakiego dokumentu? – Roditi zainteresowała się żywo.

Profesor poprawił okulary i spojrzał uważnie na Mojrę. Przez chwilę ważył słowa, aż w końcu powiedział:

- Wyjątkowego dokumentu, pochodzącego jeszcze ze starożytnej Biblioteki Aleksandryjskiej.

Właścicielka agencji detektywistycznej zrobiła minę zdumionego karpia.

- Ooo ! – wykrzyknęła.

Profesor usatysfakcjonowany wrażeniem, jakie zrobił na kobiecie, podszedł do pancernej gablotki i odwrócony do swojego gościa plecami, otworzył zamek cyfrowy. Założył białe rękawiczki i ostrożnie wyciągnął dobrze zachowany zwój pokryty egipskimi hieroglifami. Rozwinął go i pokazał Mojrze.

Roditi wyjęła z torebki lupę i przyjrzała się zwojowi z nabożną czcią.

- Jak pan to odnalazł? – spytała pełna podziwu.

- No cóż, potrafię dokonywać rzeczy niemożliwych- w głosie profesora zabrzmiała chełpliwa nuta. – Niedawno byłem w Egipcie i tam go nabyłem.

- Co tu jest napisane? Pan wybaczy, ale nie znam się na hieroglifach – Mojra wyznała nieco zakłopotana. W swojej pracy detektywa dotąd nie musiałam odszyfrowywać pisma starożytnych Egipcjan.

Profesor umiał już cały tekst na pamięć:

- Do skarbu Atlantów dwie pieczęcie kluczem są. Pierwsza drugą wskaże i na dno zaprowadzi, gdzie spoczywa oko. Druga wrota tajemne otworzy – zacytował.

Mojra w osłupieniu patrzyła na posiadacza niezwykłego zwoju.

- Atlantów? – powtórzyła niedowierzając.- Myśli pan, że chodzi tu o mieszkańców mitycznej Atlantydy? – kobieta nie wiedziała, czy śmiać się, czy też potraktować wszystko bardzo poważnie.

- Nie wierze w mrzonki, ale zapewniam panią, że skarby wyczuwam na odległość - profesor pochwalił się. – Nie wkładałbym w poszukiwania swoich ciężko zarobionych pieniędzy, gdybym nie był pewien, że odnajdę skarb mieszkańców Atlantydy! – zapewnił z niezwykłą determinacją, po czym na powrót zwinął papirus i zamknął go w ogniotrwałej i kuloodpornej gablotce.

Mojra Roditi siedziała zamyślona, powoli trawiła wszystkie fakty.

- Do dziś jednak trwają spekulacje na temat położenia Atlantydy – odezwała się po dłuższej chwili.

- Nie obchodzi mnie, gdzie była Atlantyda! – profesor parsknął, zdejmując białe rękawiczki.

- Obchodzi mnie tylko to, gdzie są teraz jej skarby!

- Ale czy to nie jedno i to samo? – Mojra pytała, patrząc na profesora z ukosa. – Czy nie trzeba najpierw odnaleźć Atlantydę, żeby odkryć jej skarby?

AUTOR : Rafał Kosik

TYTUŁ : „Felix, Net i Nika oraz Gang Niewidzialnych Ludzi”
Str. 34
Gdy zabrzmiał ostatni dzwonek, trójka przyjaciół po kryjomu przedostała się na wąskie schody prowadzące na strych. Niestety, drzwi były zamknięte na solidny zamek.

- No to kapota – oznajmił z pewna ulgą Net. – Odwołujemy akcję, a tamtych dwóch omijamy łukiem.

- Niekoniecznie – powiedział powoli Felix, grzebiąc w plecaku. Wyciągnął metalowy przedmiot przypominający bardzo grube pióro wieczne. Zdjął skuwkę i zatknął ją z drugiej strony.

- Chcesz napisać podanie do Stokrotki o udostępnienie nam strychu na tajną siedzibę? – zapytał Net.

- To klucz uniwersalny – odpowiedział Felix i nacisnął przycisk z boku przedmiotu. Z wąskiej przedniej części, z cichym szczęknięciem wysunęło się w różnych kierunkach kilkanaście blaszek. Felix uśmiechnął się, schował blaszki, włożył klucz do zamka i naciskając kilkakrotnie przycisk, kręcił kluczem, aż usłyszeli przesuwające się zapadki. Wyjął urządzenie i przyjrzał się układowi blaszek.

- Zapamiętał wzór zamka – wyjaśnił. – Wieczorem dorobię dla nas zwykłe klucze.

Nika i Net spojrzeli na niego z podziwem. Net nacisnął klamkę i drzwi, z przykrym skrzypieniem, otworzyły się, ukazując ciemność. Na korytarzach było za głośno, by ktoś to usłyszał – starsze klasy miały jeszcze lekcje. Felix wszedł pierwszy i bez powodzenia próbował wymacać włącznik światła. Stwierdził jednak, że wzrok szybko przyzwyczaił się do półmroku, a gdy przeszedł kilka kroków, zrobiło się jaśniej. Światlo wpadalo przez okrągłe okna w dachu, które dotychczas oglądali tylko z zewnątrz.

Z tyłu trzasnęły drzwi i rozległo się karcące psyknięcie Niki. Net wymamrotał jakies przeprosiny i oboje ostrożnie podeszli do Felixa. Przed nimi ciągnął się zastawiony starymi gratami zakurzony strych. Poczuli gęsia skórkę i przysunęli się bliżej do siebie.

- Klucząc między tymi rupieciami, można pewnie przejść nad całą szkołą – powiedział Net z przejęciem, ale szybko zaznaczył – nie żebym miał chęć…

- Z wyjątkiem sali gimnastycznej – odparł Felix i wskazał pionową ścianę zaraz za rogiem. – Jest wyższa od reszty pomieszczeń na trzecim piętrze.

Przeszli obok ustawionych bezładnie szaf, minęli kilka bardzo starych ławek szkolnych, takich przedwojennych, z unoszonym blatem i otworem na kałamarz.Za nimi piętrzyły się tekturowe pudła. Na pokrytej kurzem podłodze widać było tylko pojedyncze ślady ginące gdzieś w kącie. Zawrócili. Niedaleko drzwi znaleźli za pudłami wąskie drewniane schodki prowadzące na rodzaj półpiętra, którego podłoga znajdowała się dwa metry ponad podłogą strychu. Było to na oko najciekawsze miejsce, więc niewiele myśląc, weszli tam. Pomieszczenie okazało się jedną z czterech narożnych nadbudówek widocznych z ulicy. Z dwóch stron spadzisty dach dochodził niemal do podłogi, gdzie wstawiono dwa półokrągłe okienka z kilkoma zmatowionymi brudem i starością szybkami. Z trzeciej strony dach nadbudówki przylegał do sali gimnastycznej , a z czwartej- kończył się pionową, drewnianą ścianą oddzielającą ja od reszty strychu. Podłogę i więźbę dachową wykonano z drewna. Przez szpary pomiędzy deskami jednej ze ścian widać było długi zagracony strych. Nadbudówka, pełna starych mebli, miała pięć na pięć metrów. Przy dwóch wyższych ścianach ustawiono przeszklone szafy, których zawartość sugerowała, że nie używano ich od kilkudziesięciu lat. Wokół dostrzegli wielki pęknięty globus, jakieś archaiczne przyrządy do fizyki w tym stylowo wyglądającą maszynę elektrostatyczną, i … szkielet ludzki na stojaku. Były też wypchane zwierzęta, nadjedzone przez mole: duża sowa, orzeł przedni i lis. Wszystko pokrywała bardzo gruba warstwa kurzu. Zapewne nikt tu nie wchodził od dziesięcioleci.

- Będzie niezłe – stwierdził Felix. – Możemy się umówić, że to jest wieża.

- Wystaje nad dach najwyżej pół metra – ocenił Net.

- Ale wieża dobrze brzmi – zadecydowała nika. – tylko szkielet musicie stąd zabrać.

- No co ty, szkielet jest najlepszy – zaprotestował Net, ale spojrzenie Niki powstrzymało go przed dalszymi zachwytami.

Postanowili na razie nie zapuszczać się w dalsze części strychu.



- Ciarki mnie przechodzą na sama myśl, że mamy tu wrócić – mruknęła Nika, obchodząc szkielet dużym łukiem. Kostki w jego dłoniach zaklekotały w rytm kroków dziewczyny.


1 Nożów kukri używają plemiona Gurkhów, zamieszkujące Nepal i zachodni Bengal, z których właśnie wywodzi się Udadżalaka.


Verilənlər bazası müəlliflik hüququ ilə müdafiə olunur ©azrefs.org 2016
rəhbərliyinə müraciət

    Ana səhifə